||Tytuł: “Dom”, autor: Paco Roca, tłumaczenie: Tomasz Pindel, Kultura Gniewu, czerwiec 2021 r., s.136, powieść graficzna/komiks, literatura hiszpańska.

Szukanie zapomnienia w słodkim smaku fig. Melony podlewane z oddaniem i nieodparte pragnienie zbudowania drewnianej pergoli – po to by jeść pod nią wspólnie obiad – by być razem. Zarośnięty kawałek ziemi, który w myślach patrzącego już staje się domem. Zwyczajne? Okazuje się, że jednak nie.

Po śmierci ojca rodzeństwo powraca do rodzinnego domku letniskowego. Oderwani nagle od swoich spraw, zapętleni w grafikach i listach zajęć, dających iluzoryczne poczucie bycia potrzebnym. Między nogami snują się niedopowiedzenia, zadry i domysły. Decydują się na sprzedaż domu, bo przecież brakuje czasu, a pieniądze się przydadzą. Ten nieustanny pęd staje się chorobą naszych czasów. Bolesnym kolcem, który pozostawia po sobie ślad, choć zauważalny dopiero wtedy, gdy coś, bez pytania, zatrzyma nas w biegu. Gdy ktoś odejdzie – nieodwracalnie.

Jednak bycie obok siebie, codzienne rozmowy, których tak brakuje, malowanie i porządkowanie zastanego świata zbliżają. U trojga rodzeństwa mimowolnie odradzają się wspomnienia – jakby wracało życie tego, który zawędrował już na tę drugą stronę świata – Taty, a jednak to tylko ulotne wrażenie. Tata nie wróci.

Był dostarczycielem reklam do lokalnych gazet. Miłośnikiem samochodów. Duszą domu. Zwyczajnym niezwyczajnym, tak samo jak nasi najbliżsi. Kadry z dzieciństwa zawracają i budzą świeże emocje. Przed oczyma przewija się wspólne naprawianie dachu, majsterkowanie, mycie auta, wreszcie kąpiele w beczce i obiady na świeżym powietrzu. Mąż, tata, dziadek, który jakby we śnie pojawia się na kartach opowieści, by przytrzymać gałąź pełną pomarańczy, przysiąść na murku, niespiesznie. A może to jednak jawa?

Potem pozostają po człowieku niezagrabione jesienne liście, zasłonięte żaluzje, pęknięta rura i specyficzny zapach pustki wymieszanej z wilgocią. Wszystko urwane w pół. Jakby jedna chwila decydowała o tym co w naszym życiu jest “przedtem”, a co już “potem”. Jakby śmierć oddzielała przeszłość od teraźniejszości grubą linią, której nie da się wymazać. I te góry przedmiotów, które po nas zostają – materialny symbol bycia tutaj – gromadzone przez lata, na końcu lądują w koszu na śmieci. Czy one są sednem naszej opowieści?

Jest tu prostota. Czas, który przecieka przez palce i nie sposób go zatrzymać. Jak klepsydra, której już nie można odwrócić. Opadanie z sił. Tęsknota, za tym co minione. Wreszcie pustka. A może jednak można ją wyprosić za próg? Autor emocjonalnie przekazał nam swoją nostalgię. Odczuwamy ją wraz z nim. Z pewnością dlatego, że  stracił ojca naprawdę. Jest tu tak autentycznie, że możemy odnaleźć swój własny ból, żal, pustkę, ale i przewijamy obrazy swojego dzieciństwa. Piękna kreska, która ma dla mnie coś wzruszającego. Skupia czytelnika na detalu, subtelności, drobnostce, bo okazuje się, że to one, a nie wielkie osiągnięcia, zostają w nas, ale i po nas, na zawsze.

Ta wyjątkowa powieść jest jak ostatnia przechadzka taty i syna. Osobista do granic. Przypomina mi z całą mocą, że dom to nie obojętne mury, ale ściany ciepłe od obecności ukochanych osób, że frazes “nie mam czasu” powtarzany zbyt często może sprawić, że przegapimy własne życie. Czy warto?

Chcę do domu.

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *