Styczeń – miesiąc postanowień i planów (podobno najczęściej dotyczących zdrowia i finansów) dobiega końca. Możemy wziąć głęboki oddech i spojrzeć obiektywnie na cele jakie sobie postawiliśmy. Złapać dystans do nadmiernych ambicji, nieosiągalnych założeń i zweryfikować co do tej pory udało nam się osiągnąć, a może nawet (gdy poziom odrealnienia osiągnie swój szczyt) zejść na ziemię. Bo jak uwielbiam bujać w obłokach, marzenia motywują mnie do aktywności to uważam, że przynajmniej raz na jakiś czas (który każdy powinien określić indywidualnie) konfrontacja z rzeczywistością jest wskazana, a nawet konieczna. Pozwala obrać właściwy kierunek, zmienić nieco kurs albo utwierdzić, że nie oddaliliśmy się nadto od wytyczonego szlaku. Dla mnie moment pierwszego spojrzenia sobie w oczy nadszedł teraz. Na mojej noworocznej liście znalazł się m.in. punkt dotyczący bycia świadomym konsumentem, wprowadzenia w życie więcej minimalizmu i unikanie nadmiaru, dzielenie się i wdzięczność. Nic więc dziwnego, że mój styczniowy książkowy wybór padł na Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków autorstwa Marty Sapały, Wydawnictwa Relacja.Tym bardziej, że docierają do mnie Wasze głosy, że bogactwo, materializm, posiadanie urastają do życiowych priorytetów, określających wartość człowieka (?!), że Was to boli, nie rozumiecie. Chciałam znaleźć odpowiedź na pytanie, czy naprawdę trwamy w kulturze mam więc jestem?

       

Tytuł: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków.

Autor: Marta Sapała

Liczba stron: 416

Wydawnictwo: Relacja

Oprawa: miękka

To książka portret, choć moim zdaniem bliżej jej do aktu, bo obnaża, odsłania, tak że nie ma już nic do ukrycia i chyba to jest właśnie sedno naszego konsumpcyjnego życia. Ogołocić je ze wszystkich wymówek, wytłumaczeń i usprawiedliwień. Reportaż wyjątkowy, wykraczający poza obserwację i notowanie rzeczywistości. Niestandardowy jeśli chodzi o gatunek literacki. W jednym miejscu przypominający powieść, a w innym pozycję popularnonaukową. Niezwykle szczegółowy, pełen badań, odniesień, ciekawostek, ale i emocji, myśli, odczuć. Niepowtarzalna mikstura. Nie kategoryzuje. Nie ocenia. Podgląda, nie z pustej ciekawości, ale po to żeby zacząć myśleć inaczej, zmienić hierarchię, radzić sobie bez. Wybór należy do każdego z nas. 

Przez ten rok będę zaglądać do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiem się wielu rzeczy: ile może kosztować wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka, ile – jego wyekwipowanie na dalszą drogę. Razem ze wspólnikami w konsumpcyjnym poście przyjrzymy się temu, ile (oraz jak) Cię obecnie płaci za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój, jaki jest koszt dobrych relacji że światem, a jaki- samowystarczalności. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje oraz czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach uskrzydla, a może wręcz przeciwnie – uwiera?  Fragment książki

Zaczyna się od prostego (przy minimalistycznym eksperymencie przecież nie może być inaczej) ogłoszenia autorki “szukam zakupowych ascetów/skąpców/finansowych minimalistów”. Tyle wystarczyło. Potem wszystko toczy się swoim rytmem. Na rok życia bez zbędnych zakupów, bo taka jest idea reporterskiego wnikania, po kolei decydują się kolejni śmiałkowie (sami przyznajcie, że takie wyzwanie wymaga prawdziwej odwagi). Pozwólcie, że przedstawię.

Pierwsza dołącza Ida z Warszawy, lat 30. Stylistyczna wolność i nie uleganie modom to jej znaki rozpoznawcze. Ida wciąga Aleksandrę, lat 31. Subtelną blondynkę o bałkańskich korzeniach – jak sama mówi o sobie korpodziewczynę (jedno z pojęć naszych czasów, pretendujących wręcz do roli jednostki chorobowej). Jej z kolei z najnowszymi trendami bardzo po drodze, a to kosztuje. Ogrodzony apartamentowiec, w pobliżu galeria handlowa – to codzienność Oli, świat, którym oddycha. Kupuje to, czego nie potrzebuje, pozbywa się ton jedzenia, które nie doczekały swojego momentu na konsumpcję i uporczywie nie opiera się odzieżowym promocjom. Czyżby potrzebowała odmiany? Powiedzenia stop? Jest też Lena i Bogdan, para po 30-stce z dwójką dzieci. Specjalistka od turystyki, doula, od narodzin pierworodnego dorabia szyjąc. Stara się bardzo, żeby nie skusić się na sklepową przechadzkę, pewnie wie jak to się skończy. Aneta ze Szczecina w eksperyment rusza razem z mężem. Mimowolnie udział bierze 2,5-letni synek i 84-letnia babcia. I mamy już wielopokoleniowy challenge. Marzenie Anety to wydawanie 200 zł na tydzień. Wszystko się może zdarzyć?

Przemysław, lat 38, nie pała entuzjazmem do pomysłu. Jednak jak to w życiu bywa, czasem ono decyduje za nas. Rodzice Przemka, na emeryturze, chcą uciec od miejskiego zgiełku. Pragną zieleni, ciszy, czystej wody i powietrza. On sam chcąc pomóc spełnić im marzenie, zaciąga kredyt na połowę domu. Konieczność ograniczenia się przyszła więc samoistnie. Nie ma wyjścia. Pojawia się też Maja i Adam. Do tego dwójka dzieci w wieku przedszkolnym, dom na warmińskiej wsi, na dole teściowie, oni na górze. Chleb na zakwasie, swojskie mleko, masło, twaróg, śmietana, sorbety z prawdziwych owoców to dla nich normalność (dla innych niedościgniony cel). Mamy też przedstawicieli Krakowa – Annę i Wołodymyra. Polka i Ukrainiec. Mają dopiero po 25 lat, są rodzicami rocznej Marty. Ona – psycholog, on – piecze ciasta na zamówienie. Chcą mieć wpływ. Na cokolwiek. Poza tym nie stać ich, a to bardzo motywuje. W przygodzie (grze? wyzwaniu?) bierze udział również ekonomistka na państwowej posadzie – Elżbieta, lat 36. Mieszka w Gdyni, skrupulatnie notuje wszystkie wydatki. Raz w roku planuje wspólnie z mężem, co, za ile, po co i dlaczego. Nie pozwala sobie na żadne skoki w bok. Maria i Tomasz, Warszawiacy z urodzenia, mieszkańcy podlaskiej wsi z wyboru. Pole, warzywniak, sad. To wszystko ich. Kupują mało. Piorą w orzechach, niczego nie wyrzucają. Pojawiają się Wielkopolanie mieszkający na Islandii – Magda i Kuba. Żyją szybko, a tę impulsywność widać także w ich konsumenckich wyborach. Czy uda im się wyhamować? Agata i Gustaw rozważają, wreszcie jedno przekonuje drugie. Idą w to. Na moment pojawia się również Sylwia. Ma problem. Czy to już zakupoholizm? Kiedy zbliża się termin rozpoczęcia wyzwania rezygnuje.

– Potrzebuję psychoterapii, a nie udziału w eksperymencie – tłumaczy

Szanuję tę decyzję. To mądrość dostrzec w sobie trudność i chcieć coś z nią zrobić. I sama autorka – Marta Sapała, lat 38, 1,5-roczny Dzik, jaka sama nazywa syna i 37-letni R. Bo jak to tak wymyślić roczny post zakupowy, samemu nie biorąc w nim udziału? Przecież to brzmi niemal jak oszustwo 😉 Bilans to dziesięć rodzin i dwoje singli. Jedna matka z córkami i dwie kobiety w ciąży. Reprezentanci różnych zawodów (jest m.in. rolnik i art director, przedszkolanka i inżynier środowiska), miejsc zamieszkania (wrocławska kawalerka i stumetrowe lokum w samy Reykjaviku, miasta i wsie), wysokości wynagrodzenia (po odjęciu stałych wydatków pozostaje im od 600 zł do 6.000 zł miesięcznie), tak różnych perspektyw patrzenia na wiele sfer (z wydawaniem na czele). Wspólny cel: nabywać mniej, wyłącznie to co niezbędne (czy dla każdego znaczy to samo?) i otworzyć oczy na to co się wtedy wydarzy. A wydarzy się wiele.

Z bohaterami spędzamy cały rok. Przez czterysta szesnaście stron zżywamy się z nimi, stają się jak nasi bliscy znajomi, czasem są naszym lustrzanym odbiciem. Start eksperymentu przypada na dzień 1 kwietnia i to wcale nie Prima Aprilis. Na początek sprzątanie, bo żeby coś rozpocząć trzeba odgruzować, dotrzeć, oczyścić, a wiosna jest przecież do tego najlepsza. Zieleń motywuje. Zapach kwitnących kwiatów zapowiada świetlaną przyszłość. Maj upływa pod hasłem gospodarności, bo trzeba sobie radzić, zrobić coś z niczego, pozyskiwać bez wydawania. Czerwiec zostaje poświęcony dziecku, bo przecież nowy człowiek, to ogromne szczęście, ale i cała rzesza producentów oraz sprzedawców, chcących wmówić (często skutecznie), że młody rodzic potrzebuje tysiąca gadżetów, żeby jego pociecha była zdrowa, szczęśliwa, inteligentna, uśmiechnięta, przesypiająca całą noc, załatwiająca (najlepiej od razu po przyjściu na świat) swoje potrzeby na nocnik i mówiąca płynnie po angielsku (dopisać własne). W lipcu przychodzi czas na ogrodowe szaleństwa, bo to skarbnica możliwości. Nie myślcie, że uczestnicy zamknęli się w szafach, a jedynym słowem, które przez cały rok widniało w ich słowniku było wyrzeczenie. O nie! Dlatego i na przyjemność znajdzie się miejsce w sierpniowym grafiku. Wrzesień to gniazdo, domowe ognisko, ciepło, mury. Przyjdą również rozczarowania, bo przecież nasza egzystencja to nie idylla, a październik pokaże to dobitnie. Podróżą stanie się listopad. Grudzień nie przez przypadek skojarzy nam się z darem, bo Święta Bożego Narodzenia, Mikołaj, prezenty. Styczeń przyświeca finansowym modernizacjom, planom i wyliczeniom. To czas na księgowanie życia. W lutym priorytetem stanie się społeczność, bo bez ludzi jakoś tak pusto, smutno. Mam wątpliwości, czy bez społeczności w ogóle się da, bo bliscy mogą wspierać, pobudzać do działania, choć znajdą się maruderzy i demotywatorzy. W marcu, na finiszu eksperymentu, swoje miejsce znajduje wizerunek, bo przecież współcześnie po prostu trzeba wyglądać. Tylko co to znaczy? Czy dla każdego co innego?

Wątki się przeplatają, mimo więc dwunastu rozdziałów określonych krótkim hasłem, w każdym z nich znajdziemy po prostu życiowe zmagania, bieżące sprawy i zwyczajne/nadzwyczajne okoliczności. Znajdziemy intymność i wątpliwości. Trzeba się mocno skupić, żeby dotrzymać tempa bohaterom, ale ta warta akcja, tętniąca detalami, po prostu mnie wciągnęła. Popłynęłam z nurtem i zamiast mniej chciałam więcej (jakkolwiek niepoprawnie to brzmi w tych okolicznościach). Jedyny minus to przypisy, które umieszczone dopiero na końcu książki, aczkolwiek muszę się Wam przyznać, że przy porywającej lekturze i tak zazwyczaj ich nie czytam, chęć przewrócenia kolejnej strony okazuje się silniejsza.

Zaskoczył mnie język. Nie jest typowy dla literatury non-fiction. Z pewnością nie nazwę go oszczędnym i minimalistycznym, co jeśli chodzi o tę sferę uznaję za atut. Jest za to bogaty, zabawny, barwny, metaforyczny, za co autorce należą się brawa. Byłam pod wrażeniem. Jej czytanie wymaga czasu, bo po prostu nie da się tego zrobić powierzchownie. Mniej to książka uniwersalna. Daje do myślenia. Pobudza czujność. Odpowiada na ważne pytania, a właściwie nie (!), ona te pytania stawia.

A więc czy czy mniej znaczy więcej, a przede wszystkim czy więcej znaczy lepiej?

Jak sądzisz Ty?

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *